kohanka

Heglowskie ukąszenie

14-12-2007 10:50:16

beeva7.jpg 

O tym, że niebawem świat się skończy, mówię już od dawna (w redakcji, i nie tylko). Ma to przede wszystkim związek z tajemniczą zagładą pszczół. Serio, czytałam jakiś czas temu w “Polityce”, że całe roje pszczół europejskich opuszczają w pośpiechu swoje ule i znikają bez śladu. W ulach zostają tylko brutalnie zdetronizowane królowe. Można powiedzieć, że światowa populacja pszczół przeżywa właśnie okres społecznej rewolucji - robotnice postanowiły zbojkotować system monarchiczny. Jaki to ma związek z końcem świata? Otóż moja mama twierdzi, że Einstein twierdził, że świat się skończy wtedy, kiedy wyginie ostatnia pszczoła. A ja ufam bardziej mamie i Einsteinowi niż Majom, Aztekom i Nostradamusowi (ci pierwsi wieszczyli nam zagładę w 2012 roku, Nostradamus za to przepowiedział, że ostatni Papież będzie czarny, co w dzisiejszych czasach nie wydaje się wcale kuriozalne). Zresztą nie mogę żyć bez miodu - pszczela apokalipsa w moim przypadku jest pewna.

Dzisiaj 13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego. To był mały armageddon, który miał uratować Polskę przed większym armageddonem. Myślicie, że Jaruzelski kłamał? Być może, jednak dostaję torsji, oglądając nocne obrazki spod domu generała. Tych ludzi ziejących nienawiścią, o czerwonych twarzach, krzyczących coś o moralności. Domyślam się, gdzie leży racja historyczna, tylko powoli zamienia się to w rację histeryczną. W zbiorowy atak histerii, takiej polskiej, takiej małej. Czuję, jak wzbiera również we mnie.

Nadciąga koniec świata. W metrze wciąż powtarzają komunikat antyterrorystyczny. Dzisiaj rano dostałam esemesa od koleżanki, którą ponoć Arab z wypchanym porftelem ostrzegał przed zamachem. Endo twierdzi, że to klasyczna urban legend, i pewnie ma rację. Pewnie przesadzam, bo mam taki klimat (i takie prawo). Odkleja mi się rzeczywistość, a ja tylko grzebię w niej palcem, podważam folię na powierzchni paznokciami. To dziwne - rozglądam się i widzę, że moje mieszkanie przypomina dekoracje z serialu “Na Wspólnej”. Żyjemy w dekoracjach, które się rozwalają; ludziom schodzi lakier z twarzy, rozmazuje się tapeta. Agnieszka Włodarczyk na swojej nowej płycie śpiewa numer “Bez makijażu”. To idealna ścieżka dźwiękowa do sceny finałowej: świat się wali, dekoracje odpadają, a Włodarczyk miauczy coś o gołych rzęsach. Jej płyta jest przeznaczona nie tylko dla osób głuchych, ale także niewidomych - tytuły piosenek na okładce płyty zostały wytłoczone brailem. Wiem, że jestem okropna, wiem. Na pewno spotka mnie za to kara. Póki co, póki się w piekle nie smażę, polecam książkę Sabato na ciężkie wieczory: “Abbadon - Anioł Zagłady”. A w niej - nomen omen - “Raport o ślepcach”.   

Pytanie na śniadanie

26-11-2007 14:20:36

Actimel truskawkowy, zielona herbata, Wasa Trzy Zboża, “Gazeta Wyborcza” i telewizja śniadaniowa. Czyli mój przeciętny poranek. Program “Dzień Dobry TVN” wprowadza mnie zwykle w dobry nastrój, szczególnie modowy kącik z Tomaszem Jacykówem w roli głównej. Jego złośliwe relacje z pokazów bielizny lub komentarze na temat stanu piersi polskich gwiazd są naprawdę mistrzowskie. Trzeba przyznać, że Tomek jedzie wszystkim równo. Jest kontrowersyjny estetycznie i niepoprawny politycznie. Wielbi Agnieszkę Fitkau-Perepeczko, sam jest co najmniej przestylizowany.  I dlatego miło mi się na niego od rana patrzy. Idealnie wpisuje się w formułę breakfast TV: ta telewizja to serek homogenizowany, w którym pływają dyskusje na temat problemów ze skórą, porady kulinarne, wywiady z serialowymi aktorami. Ale także prasówki w wykonaniu Jacka Żakowskiego, rozmowy z Wiesławem Myśliwskim, materiały pseudo-społeczne. Zwykle taki miszmasz mi nie przeszkadza. Rozumiem, że śniadanie z TVN to zabawny junk food, nic więcej. A jednak dzisiaj zakrztusiłam się Wasą, gdy po kąciku modowym (tym razem w całości poświęconym pokazom w Starym Browarze - oczku w głowie Madame Browary), puszczono materiał o Patryku, który szuka domu i - jak sam o sobie mówi - jest “trochę niepełnosprawny”. Losem bezdomnego Patryka bardzo wzruszył się Wojciech Jagielski (dzisiaj w gorącym telewizyjnym duo z Jolantą Pieńkowską). Oto próbka wywiadu z wampirem:

- Jaką chciałbyś mieć rodzinę, Patryk?

- Wszystko  jedno.

- Ach, wszystko jedno, byle by kochała! Czy to nie jest wołanie o miłość? Proszę Państwa, pomóżmy Patrykowi. To dziecko jest spragnione uczucia. Prawda Patryk, powiedz, chciałbyś mieć mamę?

Tu minuta na refleksje.

- Na pewno, każdy by chciał. Dobrze, tyle o Patryku. Za chwilę pogodę przedstawi nasza urocza Agnieszka Cegielska. A potem kącik małego technika oraz Anna Guzik, zwyciężczyni “Tańca z gwiazdami”.

Przerwa na reklamy. To miłe, że telewizja śniadaniowa ma misję. To miłe, że chce komuś pomagać. Tak, jak ostatnio, gdy Izabela Jaruga-Nowacka opowiadała o jadłodajniach dla psów ucieszonemu Prokopowi. Najwyższy polski prezenter telewizyjny nie udaje przynajmniej, że prowadzi “Sprawę dla reportera”.

Choke

13-11-2007 14:04:53

43504001720ks.jpg

Polecam wszystkim reportaż Tomasza Kwaśniewskiego, który ukazał się we wczorajszym “Dużym Formacie”.  Rzecz dotyczy seksu, co może niektórych zachęcić, w istocie zaś zmylić. Tekst podniecenia nie wywołuje - przynajmniej u mnie - jest za to wysmakowanym studium seksoholizmu. Seksualnych mrzonek i kompleksów leczonych za pomocą obsesyjnej masturbacji, tak obsesyjnej, że wręcz bolesnej. Co ciekawe, z tekstu wynika jasny wniosek: seks, genitalia, pornografia to w świecie seksoholików tylko narzędzia samodestrukcji. Seks boli, bo boleć musi. Jest sferą wstydu i poczucia winy. Za seks należy się kara, którą seksoholicy wymierzają sobie sami. W katolickim społeczeństwie, w którym żyjemy, seks jest wszędzie i nigdzie zarazem. To jedna wielka hipokryzja, którą podtrzymują media - kreując święte seksbomby w typie Kasi Cichopek (w redakcji pieszczotliwie zwanej Cisią Kasiopek) lub Justyny Steczkowskiej. Ta ostatnia paraduje niemalże goła w “Tańcu z gwiazdami”, po występie zapewnia jednak, że kocha wyłącznie swoje dzieci, a także męża, któremu uwielbia gotować.  W telenowelach wszyscy mają dzieci, ale nikt nie uprawia seksu (i nie chodzi tu tylko o “Plebanię”). Także w pseudo-liberalnym świecie wykształciuchów o seksie mówi się dużo, ale jakoś dziwnie nerwowo, a Donald bierze po latach kościelny. Na tym gruncie rodzą się choroby, seksualne dysfunkcje. O kategorii ludzi niezainteresowanych seksem pisała niedawno w “Machinie” Renata Bożek. Kwaśniewski spenetrował (cóż za adekwatne słowo) środowisko osób zainteresowanych seksem chorobliwie. Został nawet zaproszony na mityng Anonimowych Seksoholików, identyczny jak ten, na które uczęszczał bohater książki Chucka Palahniuka, “Udław się”. On też ekstremalnym bzykaniem usiłował zaleczyć swoje traumy z dzieciństwa (piszę “też”, gdyż Kwaśniewski stawia tezę, że podłoża seksualnych zaburzeń zwykle należy szukać właśnie w upadkach z młodości). A Palahniuka czytajcie, koniecznie! I rączki na kołdrę!

Plan Be

07-11-2007 16:30:19

m01.jpg

Wczoraj spadł pierwszy śnieg tej zimy. Ładnie brzmi, co? Tak mogłaby się zaczynać moja książka. Śnieg był taki na pół gwizdka, ale zawsze. Dopadł mnie “w trasie”, gdzieś pomiędzy Pruszkowem a Komorowem, do którego wybrałam się na spotkanie z pewną gwiazdą (z jaką - obadajcie w grudniowym “Exklusivie”). A potem padał jeszcze, jak stałam na stacji kolejki WKD. Całkiem uroczy obrazek: 18.30, zawiewa śniegiem, chrupiemy z Endo Pringles (na szczęście light, o 30 procent tłuszczu mniej, o smaku ”śródziemnomorski ser z nutką oleju z avocado”), palimy papierosy, obok jakiś facet wcina surową kiełbasę i zagryza ją bułką, drzewa szumią. Stacja Chandra Unyńska. Odkąd przeczytałam książkę Agaty Tuszyńskiej, “Ćwiczenia z utraty”, ten wiersz Tuwima wciąż chodzi mi po głowie.

Nie wiem jak Wy, ale ja wierzę w przeznaczenie, choćby miało być sumą przypadków. W impulsy. W przesądy. W rodzinne zabobony. I jak czekam na kolejkę, na obcej stacji, to zawsze sobie myślę, że może trzeba zmienić peron. I wsiąść w pociąg jadący w drugą stronę. A kiedy już się cieszę, że mam życiowy plan A, w głowie wyrasta mi (niechciany nawet) plan B. Prześladuje mnie mój prywatny gabinet cieni. Wątpliwość wpisana w każdą pewność. Od tego zaczyna się “Miłość na Krymie”, na której byłam ostatnio w Narodowym.  Tak mówi do Tatiany (Małgorzata Kożuchowska) jej ulubiony dekadencki porucznik. I narzeka na własne zmęczenie: kiedy już myśli, że wierzy, zaczyna to podważać; po tym, jak decyduje się nie wierzyć, wiara zaczyna go kusić.

Swoją drogą, sporo moich planów B powstaje ostatnio w Planie Be, przy Placu Zbawiciela. Bo bezsenność jest najgorszą chorobą, ale również darem, o czym pięknie pisał Cioran, najbardziej niewyspany z najlepszych filozofów. Żaden kac, żadna angina, nie obezwładnia ciała w takim stopniu, jak brak snu. To cudowne otępienie: bezsenność plus nikotyna. Lubię miasto, noc i jesień. I Warszawa zimna-ładna. Deszczu strugi. Ja, Ty, dwa sny. Hihi.

   cioran.jpg

Party kocha, party szlocha

29-10-2007 13:12:41

ms_gala_egorniak_010907-168986.jpg

Weekend obrodził wieloma imprezami, dodajmy - wielce kulturalnymi. Wernisaż Marka Straszewskiego w Polskich Zakładach Optycznych przyciągnął śmietankę polskiego showbizu, bywalców znanych z tego, że bywają oraz wiele pięknych dziewcząt i chłopców. Motyw przewodni imprezy: czerń i biel. Hitem okazał się patent z czarnym korytarzem, który łączył czarno-białe sale; spragnieni wrażeń oraz drinków musieli odbyć przymusowy spacer tonącym w ciemnościach tunelem. Można było chichotać oraz bezkarnie macać współtowarzyszy podróży. To jednak nic w porównaniu z survivalem, który swoim czytelnikom (i pracownikom) zafundowała w sobotnie przedpołudnie redakcja Aktivista. Czytelnicy szukali, redaktorzy czekali. Ja akurat w towarzystwie Agaty, wice rednacza Akti, ukryłam się w hali nieopodal Chłodnej 25. Industrialna przestrzeń przy Ogrodowej już została przysposobiona do celów galeryjnych, niebawem będziemy tam również chodzić na awangardowe imprezy (jak już zamkną wszystkie fajne kluby, o czym dalej). Póki co, siedziałyśmy z Agatą na fosforyzujących na różowo fragmentach dekoracji z koncertu Mitch & Mitch. Gra miejska całkiem się udała, wygrała “Grupa Trzymająca Władzę”.  Finisaż na Chłodnej był przyjemną biforką przed sobotnimi baletami. Gwóźdź programu: Vinyle w Cafe Kulturalnej. Przyszli “wszyscy”, co niechybnie świadczy o końcu lato-jesieni i początku sezonu imprezowego. Muzyka jak zwykle żenująca, pijaństwo jeszcze większe. Festiwal fryzur i kozaków, starych żartów i nowych romansów. W kuluarach dużo polityki, podniecenie po wyborach wciąż wyczuwalne. A w Warszawie mamy już kolejny problem - eksterminację fajnych klubów i imprezowych miejscówek. Najlepszym przykładem jest Pruderia, której zgon świętowaliśmy w sobotę w późnych godzinach nocnych. Plotka głosi, że w kultowej knajpie w fortach przy Racławickiej zainstaluje się teraz firma informatyczna. Uwielbiam ten trend - banda podrasowanych menago i nudziarzy będzie się snobować na underground. W dodatku wieść gminna niesie również o tym, że mają zamknąć barek w Hotelu Europejskim. To byłby koniec nocnej wódeczki za 4 zeta, gzika i śledzika za 8, co niejednego już uratował przed upadkiem i jedzeniem kebaba. Jako znana ćma barowa protestuję i proponuję założenie komitetu obrony Bistro przy Krakowskim. Jakieś sztuczki trzeba odczynić, bo inaczej zostanie nam tylko Cynamon i Lustra (notabene: Sztuczki trochę przereklamowane, jak na moje; doceniam fakt, że o polskiej prowincji można mówić bez traumy i szlochów, ale symbolika znów łopatologiczna - mały Napoleon i zwrotnica kolejowa jak koleje losu, plis!). To tyle chyba. Piosenka na dziś - Bat For Lashes, What a Girl To Do.

PS Fotka Marka Straszewskiego, of kors. Ładne, co?

Brzemię rzeczy utraconych

24-10-2007 11:01:19

blondie_-_greatest_hits_b00006im9q.jpg

Dawno tu nie zaglądałam. Z tym blogiem, to zupełnie jak z rzucaniem papierosów albo z zapisywaniem się na jogę - zapał jest, ale słomiany. A szkoda, bo po drodze umykają dziesiątki inspiracji. Nowa płyta Radiohead, mistrzowska. I nowy Beirut, mistrzowski też. 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni - film, po którym boli głowa i krocze.  Młodość według Coetzeego, i jeszcze Kiran Desai Brzemię rzeczy utraconych (to nie jest kolejne letniawe multi-kulti spod znaku Zadie Smith, jak niektórzy myślą). Tak w ogóle, to chyba mam małą deprę, póki co jeszcze po kontrolą (moją, nie lekarza). To by się chyba zgadzało z klimatem powyższych inspiracji - kto słucha jadąc metrem do pracy cztery razy z rzędu tej samej piosenki, w której Thom Yorke zawodzi: I don’t wanna be your friend, I just wanna be your lover? Nikt normalny, raczej. Dochodzę jednak do wniosku, że stany depresyjne są bardzo fajne. Naprawdę lubię moją depresję, bo jak ją mam, jestem ładniejsza i mądrzejsza. Mogę więcej palić, nie brać witamin i dzwonić w nocy do przyjaciółki.  Z czystym sumieniem mogę nie pisać swojej pracy magisterskiej, za to kompulsywnie robić zakupy. Dla odreagowania stresu mogę chodzić na kiepskie imprezy i świetnie się na nich bawić. Na tak przewlekłą chorobę, jaką jest depresja, jest mnóstwo uroczych lekarstw, na przykład płyta Blondie Greatest Hits. Dobry humor jest strasznie nudny. No i jak go mam, nie robię wpisów na tym blogu. Pozdrawiam wszystkich neurotyków, ortorektyków i somnambulików. Call me.

Siódma pieczęć

18-04-2007 11:20:05

Myślałam ostatnio sporo o śmierci. Nie, to nie jest efekt wielkanocnych pasji, chociaż poniekąd ma związek ze świętami (nie, nie będę pisała z wielkiej litery). Powodowana bliżej nieokreślonym poczuciem konieczności spędziłam je u swojej rodziny na Kujawach. W niedzielę wielkanocną, po zwyczajowym festiwalu kiełbas i mazurków, nadszedł czas na zabawy w podgrupach: niektórzy pojechali do kościoła, niektórzy na cmentarz. Ja wybrałam to drugie, czyli wizytę u dziadka Antoniego oraz pradziadków: Konstancji oraz Wincentego. Wizyta u nich natchnęła mnie do innych zajęć: podczas gdy moja rodzina zajęta była grą w scrabble, farmera i układaniem puzzli, a potem śledzeniem kolejnego odcinka “Tańca z gwiazdami” (odpadła Omena z Maserakiem), ja z wielkiego biurka art deco dziadka Antka wygrzebałam pudła ze starymi zdjęciami. I oglądałam całą tę umarłą klasę: ciotki, wujków, kuzynów przedwcześnie zgasłych na suchoty, dzeci w wózkach i bez, panie w kapeluszach i kostiumach kąpielowych (mimo masywnych, dziedzicznych w moje rodzinie, ud), babciną wycieczkę na Kaukaz, dziadka wojenne zdjęcia z obozowego szpitala (uśmiecha się na nich zalotnie do pielęgniarki). Przy okazji trafiłam na pogrzebowe serie: zmarli leżący w otwartych trumnach, przykryci kwiatami, gustownie podmalowani, a wokół zgromadzone rodziny w żałobie. Dziadek Antoni dorobił się nawet osobnego pośmiertnego albumu: znalazłam w nim zdjęcie, na którym moja mama pochyla się nad ojcem, spoczywającym na katafalku. Stoi ubrana w gustowny płaszczyk i czarne baletki. Jest piękna w tej czerni i tym smutku, naprawdę. Jest w tych zdjęciach coś niepokojącego, ale w istocie są takie zwyczajne. Chciałoby się powiedzieć - to już?

W drodze powrotnej ze świąt natknęłam się tymczasem na tekst, który zadziwiająco pasował do tematu - Małgorzata Szumowska napisała reportaż do “Gazety Świątecznej”, traktujący o nagłym zgonie, którego stała się mimowolnym świadkiem. Umarł pan z mazurskiej wsi, którą odwiedzała podczas weekendu majowego. Szumowska od razu poczuła, że musi towarzyszyć temu misterium. Tekst piękny, polecam! (http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4041379.html) Reportaż czytałam notabene na tylnym siedzeniu samochodu. Za kółkiem - moja mama, która prawo jazdy zrobiła w wieku 50 lat. Podczas jednej z kłótni z moim ojcem (prawo jazdy od lat 30, ale nieczynne, z powodu problemów z błędnikiem) moja mama… wjechała w traktor. Na szczęście wcisnęła hamulec  i skończyło się na lekkiej stłuczce. Skosiło nam tylko prawe lusterko i resztę drogi jechaliśmy z doczepionym na taśmę klejącą lusterkiem z puderniczki Estee Lauder (zajebisty patent na reklamę, nie?). Ale byłam blisko tego katafalku, oj blisko. I kuzynek suchotnic.

PS. W temacie śmierci i starych ciotek odsyłam jeszcze do starego - nowego opowiadania z nowego - starego tomu “Rynek w Smyrnie” autorstwa Dehnela, pod tytułem “Filc”. Tom mi niezbyt podpasował (recenzja w nowym “Exklusivie” będzie), ale ten filc akurat całkiem smaczny.

Prosto w serce, żeby nie bolało

02-04-2007 16:29:42

hugh-grant1.jpg

Chciałam napisać o swojej wizycie w Pałacu, o tym, że dostałam goździka i cieliste rajstopy marki Dorota, że siedziałam prawie vis-a-vis Moniki O, a potem podpisałam jej manifest. No i że Maria K. uścisnęła mi dłoń w Zimowym Ogrodzie, a ja z radości upiłam się szampanem z prezydenckiej piwniczki. Niestety plany pokrzyżował mi skład magazynu (na maksa nerwowy). Skoro byłam już w telewizji, a moja ciocia zadzwoniła do mnie z tej okazji (dla niej obecność w telewizji jest dowodem na czyjeś istnienie) - daruję sobie pałacowe historie (histerie?). Potem chciałam napisać o filmach, które ostatnio widziałam. Szczególnie o dokumencie “Żeby nie bolało” Marcela Łozińskiego. Widziałam go już kiedyś, ale teraz powalił mnie na nowo. Polecam antologię Łozińskiego, która właśnie wyszła na DVD, można ją kupić w bardzo przyzwoitej cenie choćby w CSW (księgarnia Spis Treści). W “Żeby nie bolało” Łoziński opowiada historię pewnej rolniczki. Nic niezwykłego? Nie do końca, bo pani owa podczas orki lubi (a przynajmniej lubiła) poczytać sobie “Biesy” albo “Cyrulika sewilskiego”. Widzimy ją dwa razy: raz w latach 70., raz w 90. W obu przypadkach Łoziński nasyła na nią młodą ambitną dziennikarkę, za drugim razem jest to nawet Agnieszka Kublik znana z krwistego prasowego duetu z Moniką O. (ech, znowu ona). Tymczasem pani z wąsem i warkoczem rozkłada na łopatki wydepilowane miastowe kobiety. Niby banał, ale jak boli (a boleć nie miało). Dla równowagi polecam bardzo głupią komedię romantyczną z Hugh Grantem i Drew Berrymore - “Prosto w serce”. Trafiłam na to przypadkiem, bo bilety na “Bezmiar sprawiedliwości” w sobotę w Kinotece podejrzanie szybko się rozeszły (nie to, żebym się tłumaczyła). I nie pożałowałam. Komedia to skrajnie infantylna: Hugh jest playboyem - oldboyem, w dodatku piosenkarzem, który od kręcenia biodrami na imprezach w centrach handlowych nabawił się kontuzji stawów. Drew jest rotrzepana, podlewa kwiatki w mieszkaniu Hugh (nawet te plastikowe), no i - jak się można od początku domyślić - wskakuje mu w końcu do łóżka. A raczej pod pianino. O tym wszystkim napisać chciałam, ale wyjechałam. Najpierw nad jezioro, a potem do Sopotu. O tym akurat nie ma co opowiadać, prócz tego, że zauważyłam zmasowany atak fanów nordic walking na polskie plaże. Morza szum, ptaków śpiew i świst kijów, którymi wymachują sekretarki na wakacjach. Co za tydzień.

feministki z “Wyborczej” Ci tego nie powiedzą

06-03-2007 15:12:28

psychosis.jpg

Hm. To pierwszy wpis na moim pierwszym w życiu blogu. Właśnie tracę blogerskie dziewictwo,więc proszę o wyrozumiałość. Sama jeszcze nie wiem, w którą stronę to pójdzie. Zobaczymy. Za to ja w niedzielę poszłam do TR na 4.48 Psychosis, żeby sprawdzić czy Sarah Kane według Jarzyny (przepraszam-reżysera “+”) bardzo się zestarzała. Niestety, jednak bardzo. Magdalena Cielecka, miotająca się po scenie jako neurotyczka-anorektyczka, była zjawiskowo nudna (chociaż jej triceps jest ekscytujący). Może za dużo już słyszałam wrzasku w teatrze, żeby mnie ruszały jej wykrzyczane przekleństwa. “Nienawidzę swojej cipy” - wyje Cielecka, a ja patrzę na nią i wiem, że to nieprawda. Za to licealiści siedzący przede mną przerwali nawet swoje pieszczoty, by kontemplować w podnieceniu ten “niezwykle kontrowersyjny spektakl”. Najlepsze są, oczywiście, sceny zagrane szeptem. “To ja zabiłam wszystkich Żydów, zagazowałam wszystkich Kurdów” - mówi cicho protagonistka, a w tle po scenie przechadza się stara pomarszczona kobieta. Niby wszystko już było, a jednak coś się kotłuje w brzuchu przez ten obwisły bezbronny widok. Póki co, załączam widok mało obwisły, czyli włoską odpowiedniczkę Magdy C. z włoskiego Psychosis.

Aha, na deser jeszcze odrobina absurdu, czyli pamiątka z weekendowej Manify. Tak, poszłam, tak, sztandar niosłam i bardzo we własnych oczach urosłam. Co prawda uroczy staruszek w okolicach Placu Trzech Krzyży zapytał mnie, czy jestem zwolenniczką seksu analnego, skoro idę w tym pochodzie, ale pomijając ów incydent było naprawdę miło. Przy okazji ktoś wręczył mi ulotkę, z której dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o rzekomych pseudo - feministkach z “Gazety Wyborczej”. No i o Kazi Najsłabsze Ogniwo… Muszę o tym podyskutować w czwartek na herbatce w Pałacu Prezydenckim. Ale o tym w następnym odcinku.

feministki3.jpg

BeBulka

Prowadzi: bebulka

EchoMiasta

Prowadzi: echomiasta

TONIEFER

Prowadzi: toniefer

Black

Prowadzi: black

Magister Rambo proszony do percepcji

Prowadzi: szmery

ZASTANY ZASTÓJ / bebulka / 2009-08-17 13:55:53

Blogosfera Exklusiva jakby mocno zamarła. Dla zasady więc w przerwie między pracą, a rzeczami, które z pracą nie mają wiele wspólnego - drugi w tym roku wpis. Tylko pisać o czym nie ma......więcej

Nocne Marki, zaproszenie na galę, 5 grudnia! / echomiasta / 2008-11-25 13:58:30

W piątek 5 grudnia wręczone zostaną Nocne Marki - wyróżnienia przyznawane co roku przez magazyn "Aktivist" najważniejszym zjawiskom w branży rozrywkowej i kulturalnej. Na gali...więcej

Juz nie jestem fotografem... / toniefer / 2008-11-22 19:30:55

...z zawodu. Czas na nowe rozdanie. więcej

ROZGRYŹĆ ENIGMĘ / black / 2008-08-04 16:09:26

Za nimi przygody w egzotycznych miejscówkach i imprezy w najlepszych światowych klubach. Teraz przyszła opra na konfrontacje z niszowym czarem środkowej Europy. Spore wyzwanie? Niekoniecznie....więcej

jest krucho / szmery / 2008-03-03 01:32:23

Veneo / WordPress